a jednak żyje. przez kilka dni chodnik był umarły, wszyscy myśleliśmy, że to koniec. tymczasem okazuje się, że nie tak łatwo zabić kilka kamieni. oj, nie.
zosia i jakub poszli na wystawę petera lindbergha, co się wystawił w gdańskiej filharmonii na ołowiance. zdjęcia fajne (zwłaszcza portret adriena brody), ale w ilości takiej, co kot napłakał.
zdzichu załatwił orzechy włoskie, jeszcze zielone, kupił litr spirytusu, orzechy ponacinał, dodał miodu i cynamonu, zalał spirytusem i teraz w słoiku trzylitrowym robi się orzechówka.
ejże, zapomnieliśmy powiedzieć, że wyprawa była. na plażę wybraliśmy się, jakobe, jako że na rowerze jeszcze nie jeździ, wybrał się kolejką, reszta zaś, dzida, zosia, kula - wybrali się rowerami. ale co ja tutaj będę, głos oddaję zosi (a i zdjęcia są): http://helloburdello.wordpress.com/2008/08/25/winiaka-nie-mylic-z-winiaczem.
w sobotę zaś poszliśmy do kina. nie tyle jednak poszliśmy, co pojechaliśmy, bo to kino oddalone od reszty świata jest o piętnaście mil świetlnych. to znaczy w gdyni. i co obejrzeliśmy, obejrzeliśmy francuskie niebo nad paryżem - film momentami zabawny, a momentami nie. opinie na jego temat były podzielone.
po kinie pomknęliśmy do strychu, gdzie - powodowani być może atmosferą francuskiego filmu - zamówiliśmy wino. najpierw jedno, potem drugie, na trzecie zabrakło czasu.
zosia, groszek, birk i jakobe idą do józefa k.. lalala, siadamy w miejscu, w którym nie siedzieliśmy siedem lat, na pasiastej sofce przy boilerze. zosia przychodzi z nuggetsami z mcdonald's, sztuk 20ścia, pokusa ogromna. dosiada się zuzka, która nazywa jakobe palantem. nazywa niby czule, ale jednak drzazga w sercu pozostała. birk robi się trzema koźlakami, pokazuje pocztówki własnej roboty, niektóre bardzo w pytkę.
mieliśmy jechać z zosią do marsylii, mieliśmy przez tydzień wylegiwać się na leżakach, jeść winogrona ze złotej patery, pić francuskie wino i no czego więcej, czego więcej byłoby nam trzeba?
miało być pięknie, a skończyło się na praniu. podszedłem do suszarki, pranie zdjąć chciałem, bo wyprane i pachnące, więc niech sobie w szafie pachnie. wtem bęc. patrzę i już jestem na podłodze. w sensie leżę. leżę i niemal krwawię, bo tak się przewróciłem niedbale. i noga, z którą się użeram kolejny tydzień, ta skręcona, znów puchnie i boli, i niech to szlag. miało być wino, winogrona, a jest kara za nieumyślne przesunięcie środka ciężkości na nieodpowiednią nogę.
parę dni temu paf i ines zorganizowali w rewie, w nie skończonym jeszcze domu rodziców pafa, drobnego grilla. kiełbaski, karkówka, piwko, winko, ines z groszkiem przygotowali nawet sałatkę. później leciały anegdoty, przy których kulaliśmy się ze śmiechu. ale o tym już zosia tutaj.